Relacja z Intel Powerade BikeMaraton 2006 w Krakowie
gb, 5 Wrzesień, 2006 - 15:01
Jakiś czas temu (dokładnie rok :D) miałem napisać relacje z maratonu w Krakowie no ale jakoś tak wyszło i nie napisałem. W tym roku również jechałem maraton, tym razem jednak Mini a nie jak poprzednio Mega. Niektórzy mnie może wyśmieją że jadę taki mały dystans 37,5 km, no ale złożyło się na to kilka czynników (m.in. matura, studia, praca) no i nie miałem kiedy trenować. Poza tym Mini tańszy jest bo kosztuje tylko 30 złotych.
Przed maratonem miałem okazje przejechać trasę, i nie byłem nią zachwycony. Uważam że w zeszłym roku była ona lepsza i ciekawsza. W dniu startu wstałem już o 8 rano i podniecony zacząłem sobie przygotowywać posiłek. Najpierw zjadłem standartowo dużo makaronu, a potem różne słodkie duperele z bananem włącznie. Oczywiście nie zapomniałem też o piciu. Chyba z nim trochę przesadziłem bo do ubikacji musiałem chodzić co 30 min. Rano i dzień wcześniej piłem dużo wody, a tuż przed wyjściem wypiłem pół Powerade’a, a pozostałą cześć wypiłem tuż przed samym startem o godz. 11.15. Chcę jeszcze dodać że w tym roku pokusiłem się na żel energetyczny Nutrenda. Kosztował 3 zł, więc nie jest to majątek.
O godzinie 11.00 mogłem oglądać start dystansu Mega i Giga. Ludzi było co niemiara. Niestety przy starcie Mini było dużo chaosu. Bo wszyscy pchali się jak najbliżej. Start nastąpił punktualnie o 11.15. Niestety chyba każdy kto startował powie że w tym roku organizatorzy dali popalić. Mówię tu o cholernie długim przejeździe przez błonia. O ile w zeszłym roku było to jeszcze do zaakceptowania - start był w okolicach stadionu Juvenii i droga przez błonia była stosunkowo krótka(zwłaszcza z powrotem), o tyle w tym roku trzeba było jechać aż od parku Jordana.
Niesamowita ilość dziur i twarde podłoże uniemożliwiały jakąkolwiek szybszą jazdę nie mówiąc o ściganiu się. No ale w końcu wyjechaliśmy na asfalt i wtedy zdrowo przycisnąłem. Na asfalcie od razu poczułem brak peletonu. W zeszłym roku asfalt pokonywałem bardzo szybko bo jechałem w grupie. W tym roku grupa bardzo się rozciągnęła od samego początku i opór powietrza dawał się we znaki. Jadąc Mini można od razu dostrzec sporą różnice w klasie między uczestnikami tego dystansu a resztą. Z tego powodu od startu aż do połowy trasy cały czas wyprzedzałem kolejnych zawodników. Byłem tym na początku trochę zdziwiony. Mimo wszystko drogę od startu do Zoo pokonałem wolniej niż rok wcześniej, głównie z powodu braku peletonu, który praktycznie jechał zbity aż do Zoo i dopiero na pierwszym zjeździe się rozciągał.
Gdy już opuściłem Las Wolski złapałem rytm jazdy i jechało się bardzo przyjemnie. Kolejne kilometry to praktycznie jazda przez pola i łąki. Błoto było tylko gdzieniegdzie a las był za nami i daleko przed nami. Niestety podobnie jak rok temu, także i w tym nie zabrakło nieszczęśliwych wypadków. Przekonałem się o tym mijając dwóch zawodników udzielających pomocy trzeciemu, a chwilę później najpierw usłyszałem, a potem zobaczyłem karetkę pogotowia spieszącą do poszkodowanego. Ale nie przejąłem się tym i jechałem dalej. Przed sobą miałem pierwszy i jedyny bufet na dystansie mini. Ja raczej nie byłem nim zainteresowany i przemknąłem przez tłum spragnionych i głodnych maratończyków z prędkością 30 km/h i za ostrym zakrętem byłem już na drodze powrotnej. Dodało mi to animuszu i znów przycisnąłem, jako że miałem przed sobą trochę asfaltu.
Po 2 lub 3 kilometrach znów wjechałem na polne dróżki tym razem mniej przyjazne bo miejscami dość piaszczyste i nierówne. W tym miejscu ściganie się nabrało rumieńców. Maruderzy zostali z tyłu i jechałem w całkiem wyrównanej grupce. Po pokonaniu łąk wjechałem do lasu w okolicach Kryspinowa. Tam odetchnąłem trochę od doskwierającego słońca. Po pokonaniu niewielkiego lasku, znów wyjechałem na otwartą przestrzeń, i tam złapałem kryzys. Opadłem lekko z sił i nie pomagał mi fakt, że zaczął się lekki podjazd. Jakoś udało mi się dojechać do Lasku Wolskiego i tam znów odżyłem. Znam go jak własną kieszeń, więc po pokonaniu podjazdu zacząłem ostro pędzić i znów zaczęło się hurtowe wyprzedzanie.
Po rekordowo szybkim czasie byłem u stóp Białej Drogi, która już przestała być „białą” bo ktoś zdecydował się ją wybrukować i uczynić dojazdem do swojej posesji. Niestety wówczas bruku tam jeszcze nie było, był za to wysypany żwir, który był strasznie sypki. O ile dawniej można było stanąć na białej drodze na pedała, o tyle na maratonie nie było to możliwe gdyż koła od razu buksowały. Na szczęście zachowałem jeszcze tyle sił aby wyjechać na siedząco i potem pomknąłem zjazdem na „Wilczych Dołach”. Następnie był już tylko asfalt prowadzący do błoń i meta.

Po dosłownym wpadnięciu na błonia bardzo szybko wytraciłem prędkość. Jak na złość przytrafiło mi się to czego się najbardziej obawiałem, czyli skurcz. W mękach dotoczyłem się do mety ale wyprzedziło mnie kilku kolarzy których wyprzedziłem wcześniej w Lasku Wolskim. To było by na tyle.
Ogólnie byłem zmęczony mniej niż rok wcześniej ale to chyba zrozumiałe – dystans prawie połowę mniejszy. 20-30 minut po mnie na metę przyjechał zwycięzca dystansu Mega i miałem okazje go poobserwować. Na przyszły rok również planuje jechać maraton w Krakowie, jaki dystans jeszcze nie wiem. Zastanawiam się czy nie postawić na Mini i trenować właśnie pod niego, tak aby przyjechać na przykład w pierwszej dziesiątce, ale to będzie niewątpliwie trudne. Nauczyłem się także że aby osiągnąć lepszy rezultat trzeba ustawić się na początku startu i wtedy jedzie się od początku z równymi sobie, bo w końcu lepiej być wyprzedzanym niż samemu wyprzedzać.
Ostatecznie trasę przejechałem w czasie 1 godziny 43 minut i 42 sekund i zająłem miejsce 75 w generalce na 234 uczestników oraz 27 w kategorii M2 na 75 uczestników.
Gratuluje Dobry wynik Szkoda
Gratuluje Dobry wynik Szkoda tylko, że jechałeś tak szybko i nie zrobiłem Ci zdjęcia
Dodaj nową odpowiedź